mrecenzjeOkładka: ROBOTAROBOTA – LoFi Brutalist Action Jazz
wytwórnia
U Jazz Me · UJM 012
premiera
22.10.2026
gatunek
jazz, elektronika
nośnik
winyl, flac, 180 g, czarny, 100 numerowanych egz.
grane
34× · ostatnio 01.11
recenzja · 1 listopada 2026

LoFi Brutalist Action Jazz

ROBOTAROBOTA
U Jazz Me22.10.2026winyl, flacUJM 012jazz, elektronika34× · ostatnio 01.11

Opakowanie nie pozostawia złudzeń, wydawca mówi wprost: masz do czynienia z nowym podgatunkiem — lofi brutalist action jazz.

Dla mnie to nie jest estetyka obca. Wychowany w cieniu Hotelu Forum, przesiąkłem betonem, który dominował w przestrzeni — nie tylko betonem blokowisk z prefabrykatu, ale i formą, która w zamyśle Ingardena miała łączyć ultranowoczesność tego obiektu z megalomańskimi zapędami ówczesnego ustroju. W trójmiejskiej architekturze trudno o tak jednoznaczny obiekt, więc na okładkę pierwszego albumu, „HABITUS”, trafił budynek Wojskowej Akademii Medycznej w Belgradzie. Okładka nie zostawiała żadnych wątpliwości, że lofi brutalism to formuła, która będzie rozwijana dalej, a sam album zrobił na mnie ogromne wrażenie (zdaje się, że „ogromne” leży u podstaw definicji tego stylu). Żałuję, że nie ma go w wersji fizycznej. Nad zakupem drugiego nie zastanawiałem się ani chwili.

Tu okładka potrzebuje już trochę storytellingu, bo nie nawiązuje aż tak jednoznacznie. Na „HABITUS” budynek wyglądał trochę jak maszyna albo stwór na nogach, a tutaj to ludzie wyglądają jak budynki. Mnie kojarzy się bardziej z „Red” King Crimson. Szczyt brutalizmu to lata 60. i 70. — belgradzka akademia została zaprojektowana w 1973 roku, „Red” ukazał się w 1974. Ta sama estetyka czasu: monumentalna, poważna, nieufna wobec ozdobności. „Red” to jedna z najcięższych i najbardziej surowych płyt King Crimson: dysonanse, repetycja, mechaniczna motoryka. Opisy ROBOTAROBOTA mówią niemal tym samym językiem: transowa motoryka, chropowate brzmienie, dysonansowy motyw. Co do samych inspiracji — jeszcze przed premierą muzycy opowiadali o nich Nowej Muzyce i żadnych nawiązań do potęgi post-rocka tam nie znalazłem.

Dobra, co tam słychać, bo co widać, już wiemy.

Slalom od razu zagęszcza klimat. Saksofon szuka odpowiedniego kąta wyjścia z łuku, ale śmiga dość ciasno i buduje napięcie — no, nie jest to gigant, czego można by się spodziewać.

Skurcz dał mi już wszystko, na co czekałem: baza z elektroniki, bardziej rozwleczona tekstura i punktowanie dziwnymi zaczepkami, aż do pełnej ciszy… poojebaaane! Mój ulubiony kawałek z całej płyty. Można go grać i na pogrzebie, i na studniówce. Końcówka to już wyjazd na czternaste piętro wielkiej płyty i podziwianie z dachu…

…szaro-burej zaprawy syntezatora, którą otwiera się Operat. Nie wiem, co tam jeszcze słychać — trzepot skrzydeł gołębia czy akta IPN-u — ale wchodzi tajemniczo i mniej zasadniczo niż poprzednicy.

Później jest już tylko dziwniej. Wielki koncept, który przelicza się w tle dźwiękiem jak komputer Wilga albo Wielki Elektronik z „Pana Kleksa”, wchodzi w Węzeł ofiar przemian ustrojowych. Moim zdaniem to najmniej spójny, a zarazem najbardziej mroczny kawałek na albumie. Ma tyle zwrotów akcji, że sam mógłby być pomysłem na całą płytę — ale nie znam się na tyle, żeby pouczać innych, co tam się dzieje, a co nie.

Domino XL mocno operuje basem, przez co łatwo przechodzi do tła. Musiałem go chyba ze cztery razy powtórzyć pod rząd, żeby się upewnić: to mój drugi ulubiony kawałek na tej płycie. Tym razem robotę robi nie saksofon, tylko bas i perkusja — ale to żre, a naprawdę zaczyna się po wjeździe elektroniki. Warto poświęcić chwilę, żeby to wszystko na spokojnie przeżyć.

Neuroshima: syrena nalotu bombowego w tle, ta sama, którą zignorowano pamiętnego dnia, robi tu przejmujące, dojmujące wrażenie, jeśli poskłada się wszystkie klocki.

Hala remontowa pulsuje takim rytmem, że niejedna robota poszłaby przy niej gładko — ale saksofon dba o to, żeby to była robota niebezpieczna.

Nie ma na tym albumie słabych momentów, a jeśli są, to bardzo dobre słabe momenty. Do całości można wracać bez kombinowania ze skróconymi playlistami.

posłuchajRYM